O autorze
Justyna Liber jest praktykiem biznesu z 16–letnim doświadczeniem pracy w polskich firmach oraz międzynarodowych korporacjach. Swoje doświadczenie korporacyjne zestawiła z ogromną liczbą nauczycieli oraz trendów istniejących obecnie na świecie, co pozwala jej idealnie połączyć twarde zasady biznesu z miękkimi, szybko działającymi zasadami.
Blog jest na temat rozwoju osobistego, życia. O tym, czym są zmiany w życiu i jak odnaleźć swoją drogę. O poszukiwaniu bogactwa materialnego i duchowego.

Co się dzieje, gdy tracisz równowagę w życiu?

„Kumulacja stresu prowadzi do przemęczenia oraz utraty sił psychofizycznych, zaburzenia harmonii w ciele, utraty balansu w organizmie człowieka. W ostatnich latach na całym świecie, w szczególności w krajach wysoko rozwiniętych rośnie liczba osób, które na skutek różnych czynników przekroczyły stan równowagi między spalaniem zasobów, a możliwością regeneracji i odnowy. Brak regularnego snu, nadmiar stresu, przepracowanie powodują spadek formy. Organizm nie regeneruje się, ponieważ zapasy energii zostały wyczerpane”. I można by powiedzieć, że o tym będzie dzisiejszy wpis, tylko z perspektywy mojego osobistego doświadczenia, którym postanowiłam się podzielić.

Kiedyś, tuż przed wykładem, do którego miałam idealnie ułożony program i prezentację, podszedł do mnie jeden z uczestników i wywiązał się między nami taki dialog:
- Dlaczego będziesz opowiadać o tym temacie?
- Ponieważ taką właśnie przeszłam drogę.
- Opowiesz nam o tym? To jest najciekawszy wątek: jak do tego doszłaś?
- Ale co kogo obchodzi moje życie, to są moje sprawy!
- Ale chyba nie będziesz nam opowiadać o tym co przeczytałaś w książkach?
- Hmm, dobra zacznę od drogi, która doprowadziła mnie do spotkania z Wami.



Ów uczestnik z uśmiechem podziękował i odszedł, a ja zostałam za kulisami, w głowie mając kłębowisko myśli. „A jak tylko on jest taki ciekawski albo nawiedzony?! W ogóle nie jestem gotowa, aby aż tak odważnie się odkryć!”.

Jednak zebrałam się w sobie, stanęłam na środku sceny i opowiedziałam historię mojej drogi do okrywania siebie. Okazało się, że było to najlepsze moje wystąpienie. Ludzie do dziś wspominają ten wykład.

Zaczęło się tak, że całe życie chciałam być KIMŚ. Wiedziałam nawet, co muszę robić żeby być KIMŚ, bo słyszałam to już w rodzinnym domu, w szkole od innych ludzi, jak byłam jeszcze mała mówili: „musisz się dobrze uczyć, musisz znaleźć dobrą pracę, musisz być taka i taka, powinnaś znać języki, powinnaś robić to i nie robić tego“.

I tak funkcjonowałam w świecie „powinności“ i „musienia“. A potem nie potrzebowałam już nikogo z zewnątrz, bo sama bardzo dobrze umiałam już sobie mówić, co muszę, co powinnam robić, jaka powinnam być. Ciągle chciałam być KIMŚ. Kimś innym niż byłam. Jakbym była owinięta taką przezroczystą folią, której nikt nie widzi, a ja mam skrępowane ruchy, nie mogę swobodnie oddychać i niezbyt dobrze mnie słychać, bo boję się, że jak powiem, co tak naprawdę myślę, to mogę kogoś urazić, zdenerwować i ktoś może przestanie mnie lubić, może się na mnie obrazi i już więcej nie będzie chciał zamienić ze mną ani jednego słowa, a może stracę przez to pracę, którą przecież muszę MIEĆ, bo potrzebuję pieniędzy na opłacenie rachunków i standardu życia, jaki miałam.

To była udręka, ciągłe robienie czegoś pod publiczkę, taka moralność pani Dulskiej: działaj tak, aby inni Ci zazdrościli; ubieraj się lepiej; biżuteria jest ważna; co to za torebka. I z czasem przyzwyczaiłam się do tego wszystkiego i nawet zaczęłam to uważać za normę, ten fakt, że taki jest świat i tacy są ludzie i po prostu takie są zasady funkcjonowania. A trzeba być KIMŚ, więc trzeba się zestroić z tym rytmem, z tą falą, żeby w niej w ogóle BYĆ w tej wielkiej, szarej masie. A potem oglądam jak przyjaciele, z którymi jestem zżyta na co dzień, tracą pracę, dzieje się coś czego nie jesteśmy w stanie ogarnąć, bo przychodzi ktoś i mówi: nie potrzebujemy Ciebie tutaj, nie dostosowałaś się do naszych zasad, nie jesteś już dłużej użyteczna dla nas, idź stąd. A człowiek całe serce włożył w taką pracę, angażował się, dawał z siebie więcej niż mógł. No ale nie o takie zaangażowanie chodziło. Tutaj potrzebujemy efektów. Nie ma ludzi niezastąpionych... Dzisiaj ona, jutro ktoś inny. A ja tak bardzo chciałam być KIMŚ.

I jak to się stało, że w tym chceniu straciłam równowagę? Bardzo prosto, tylko dochodziłam do tego latami, takie powolne podgotowywanie żaby w gorącej wodzie.
Tak bardzo zaangażowałam się w pracę i chęć utrzymania się w tym prestiżowym miejscu, które samo w sobie było bardzo dobre, dbające o ludzi, dające mnóstwo benefitów, wysyłające na szkolenia, pozwalające spokojnie urodzić dwójkę dzieci i wrócić znowu do pracy, do boju o bycie KIMŚ.

Miejsce wspaniałe i rozwojowe, tylko że ja miałam własnego wewnętrznego stróża porządku i zaangażowania, który kazał dawać ciągle więcej i więcej. NIKT nie wymagał ode mnie aż takich poświęceń, abym pracowała po 16 godzin na dobę, abym całą swoją energię życiową przekierowała do pracy, to ja SAMA sobie to zrobiłam. Miałam wtedy misję, tak wielką, że ona mnie uskrzydlała, w imię jej realizacji odsunęłam się od własnego domu, męża, dzieci. Nie miałam dla nich w ogóle czasu, byłam bizneswoman. Cały tydzień byłam w pracy, a w weekendy odsypiałam, czasami całe dwa dni. I nawet nie miałam czasu albo po prostu siły pobyć razem z dziećmi, dowiedzieć się co się u nich dzieje. Nie wspominając już o wspólnym czasie z mężem albo o tym, żeby sobie samej dać chwilę.... to zawsze było na samym końcu.
I tak trwało lata. Po dzieciach widziałam, że coś się mocno zmienia, bo nagle widzę że minęło 5 lat, ooo, potem już 7. Jakże ten czas jest nierówny dla każdego.

Ale warto było. Może cena była bardzo wysoka, ale warto było tego doświadczyć. Miałam poczucie, że jestem już tak blisko sedna życia, tego prawdziwego sukcesu, obracałam się w wielkim świecie. A przynajmniej takie miałam wtedy odczucia. Na zewnątrz mnie nie było widać, żebym jakoś cierpiała, mój naturalny entuzjazm, wieczny uśmiech na twarzy inspirował każdego z kim się spotykałam do radośniejszego spojrzenia na świat. Wyglądało na to, że jestem jak ryba w wodzie. Nawet kiedyś dostałam taką nagrodę na jednym z wewnętrznych firmowych spotkań: Rybę, jako symbol ryby w wodzie, która już wkrótce odniesie sukces.

Pamiętam któregoś dnia, w biegu, na korytarzu w firmie, jak roześmiana biegnę na kolejne spotkanie, bo Klient już czeka w salce konferencyjnej, kiedy ktoś do mnie woła: Justyna, witaj, jak miło Cię widzieć! Głos znajomy, ale jeszcze nie rozpoznaję, kto to. Odwracam się i widzę mojego byłego managera, z którym bardzo dobrze się pracowało, miałam do niego spore zaufanie i bardzo się ucieszyłam z tego spotkania. Szybka wymiana informacji: co słychać u Ciebie, co u Ciebie. I ja oczywiście z entuzjazmem opowiadam, że tyle się dzieje, jestem w ciągłym biegu i taki piękny, WAŻNY projekt prowadzę! A on to wszystko wysłuchał i usłyszałam: Dziewczyno, uważaj na siebie, bo się wypalisz... Co Ty ja? Nigdy! Życie jest piękne! I pobiegłam dalej w swój świat.

Ale tak naprawdę to była równia pochyła. Doba ma 24 godziny, a organizm określoną wytrzymałość i możliwości, a jak się o to niego nie dba to te możliwości spadają. Któregoś pięknego dnia, wychodząc spod prysznica – tak po prostu, znienacka – poczułam przeogromny ból w krzyżu. To kręgosłup się zbuntował.

Resztkami sił doszłam do łóżka, żeby się położyć. I się położyłam...na dobre. Leżałam tak dwa miesiące. Oj, miałam dużo czasu, żeby popatrzeć na swoje życie. To, co zobaczyłam, każdego dnia więcej, powodowało, że moje przerażenie nie pozwalało mi spać. W imię czego ja tak żyję? Utraciłam całkowicie równowagę między praca a życiem prywatnym. Zaniedbałam nie tylko męża i dzieci ale również siebie. Byliśmy sobie prawie jak obcy ludzie, ja nie wiedziałam tylu rzeczy o tym, co dzieje się w ich życiu, a oni nie wiedzieli, co u mnie.

Utrata równowagi spowodowała, że bardzo boleśnie dotykałam jednej „bandy“ a potem drugiej. Skoro sama nie miałam czasu dla ważnych osób w moim życiu, to mi ten czas dano, dała mi go choroba, moje ciało. Wiadomo, że i tak nie było aż tak strasznie, bo nic nie zagrażało mojemu życiu, ale mimo wszystko w tym stanie nie dało się funkcjonować.

Czułam jak rozpływają się granice tego, co uważałam za tak ważne: aby być KIMŚ.
Powoli podczas codziennych rozmyślań, na które miałam teraz mnóstwo czasu, bo przecież byłam unieruchomiona i nie mogłam w ogóle chodzić, zaczęło docierać do mnie, że poniosłam sromotną klęskę w dążeniu do tego aby zostać KIMŚ. Utraciłam RÓWNOWAGĘ w życiu, poprzez nadmierne SKUPIENIE się tylko na jednej rzeczy. Na pracy. Zarabianie pieniędzy i stres związany z wizją utraty tej wspaniałej pracy, powoli, bardzo powoli wysysały moją energię życiową od środka, w sposób dla mnie samej niewidoczny. System wartości i przekonań taką postawę wspierał. Wszystko było spójne i... wypalające.

To, co najciekawsze w tym wszystkim, to to, że działałam z ogromnym entuzjazmem, zaangażowaniem, w imię wielkich idei, jednak to wszystko okazało się, że było w NIEWŁAŚCIWYM kierunku, co mogłam zobaczyć dopiero dzięki chorobie, w bólu i fizycznym cierpieniu. Wtedy już nie miałam szans na to, aby zostać KIMŚ. To był koniec! Choroba, a potem wypalenie pozwoliły dojść do rewolucyjnego wniosku: Ja w ogóle NIE CHCĘ być KIMŚ. To dążenie do zaspokajania „powinności i musienia“ powodowało, że ciągle robiłam to, co ktoś mi kazał, czego ktoś ode mnie wymagał, żeby zrealizować własne cele, nie moje!

W końcu do głosu doszło rozpaczliwe wołanie, że chcę poznać SIEBIE! Tego chcę! Dużo odwagi w sercu jest potrzebne aby pokazać SIEBIE, pokazać swoje myśli, swoje wartości, uchylić rąbka tajemnicy ze swojego życia. Jednak utrata równowagi we własnym życiu, może tak naprawdę wcale nie być utratą życia tylko ODZYSKANIEM życia.

Powoli staję się SOBĄ. I to jest mój obecny kierunek. Odzyskuję energię, entuzjazm, wraca prawdziwy uśmiech, wracam do SWOJEGO życia, wiem na czym się SKUPIĆ. Właśnie wyruszam w tą podróż do własnej, wewnętrznej równowagi, która jest tylko moją, i dla każdego będzie ona inna.

W kolejnym wpisie zaproszę Cię do poznania sprawdzonych przeze mnie sposobów na wprowadzanie równowagi do własnego życia.
Trwa ładowanie komentarzy...